2009.07 do Budapesztu
Trasa: Słowacja - Austria - Węgry

Tegoroczna wyprawa była pod pewnymi względami nietypowa i pełna niespodzianek. Do tej pory uczestnicy na własną rękę docierali do miejsca, skąd zaczynała się wyprawa. Tym razem zorganizowaliśmy dla całej grupy wspólny transport autokarowy, co na pewno przyczyniło się do lepszej integracji całej grupy, bo przecież kilkunastu godzin spędzonych razem w jednym autokarze nie zastąpi nawet najlepsze spotkanie integracyjne. Nasza trasa wiodła ze stolicy Słowacji, Bratysławy, do stolicy Węgier, Budapesztu. Pedałowaliśmy 7 dni, podczas których przejechaliśmy między 500 a 600km, w zależności od tego, kto ile razy się pogubił na trasie :)

Już od drugiego dnia towarzyszył nam mały, węgierski podróżnik na gapę. Czarny kotek, znaleziony przez jedną z uczestniczek, który podbił serca całej grupy i został "zaadoptowany" przez dwójkę uczestników. Pierwszego dnia, trochę zmęczeni po całonocnej podróży, ale pełni optymizmu pokonaliśmy odcinek około 60km. Mało? Ale za to z niespodziankami i przeszkodami. Okazało się, że austriackie ścieżki rowerowe, choć idealne, szerokie, gładkie, malowniczo położone, asfaltowe(!!!), to...niestety zostały w kilku miejscach zalane przez rzeki, które po tegorocznych opadach mocno przybrały. Każdy radził sobie jak mógł. Jedni wybrali przejazd rowerem wpław lub wzdłuż torów kolejowych, inni szukali drogi okrężnej. Byle skutecznie. Wieczorem wszyscy, późno lub później dotarli nad Jezioro Nezyderskie (Neusiedlersee) w Austrii, gdzie znajdował się nasz pierwszy nocleg. Następnego dnia wjechaliśmy już do krainy dziwnego języka i gulaszu, czyli do Węgier. I tu zatęskniliśmy za austriackimi ścieżkami rowerowymi. Węgierskie, choć zazwyczaj asfaltowe, nie były już takim balsamem dla duszy, a często po prostu całkiem ich nie było, więc przemierzaliśmy nasza trasę mniej uczęszczanymi drogami.

Trzeciego dnia czekała nas kolejna niezapomniana niespodzianka, chyba najwspanialszy continuowy nocleg, raj dla rowerzystów strudzonych węgierskim upałem. A był to nocleg na terenie basenów termalnych. Kto nie był, niech żałuje! Cały wieczór spędzony w gorących basenach, aż nie chciało się wracać do namiotu. Większość z nas jeszcze o poranku, przed ruszeniem w dalszą drogę raczyła się kąpielą, to w basenach z ciepłą wodą, to z zimną dla ochłody. Już czwartego dnia dotarliśmy do Balatonu, by przez cały piąty dzień wyprawy nie wsiadać na rower i pocieszyć się piękną pogodą oraz popluskać w tym rozległym jeziorze. Niestety płonne były nasze nadzieje. Dzień wolny był jednym z dwóch podczas całego wyjazdu, kiedy padał deszcz a temperatura nie zachęcała do długich kąpieli. Ale za to na rozgrzewkę nasz wesoły Pan Kierowca Ryszard ugotował dla wszystkich zupę nad ogniskiem. No właśnie, Pan Ryszard to temat rzeka. Towarzyszył nam przez cały wyjazd i oprócz bycia niezastąpionym Panem Kierowcą, którego autokar ciągnął za sobą ogromną przyczepę z naszymi 49 rowerami, to, można powiedzieć, wcielił się również w rolę kucharza i gawędziarza. Pełni sił po jednodniowym odpoczynku ruszyliśmy dalej wzdłuż brzegu Balatonu. Warto było dołożyć kilometrów i objechać półwysep Tihany oraz "wdrapać się" rowerem na jego wzniesienia skąd roztaczał się wręcz bajkowy widok na błękitny Balaton. Tego dnia pogoda dopisała, więc po drodze zażywaliśmy kąpieli w jeziorze. Niestety dzień siódmy przyniósł czarne chmury i strugi deszczu, od samego rana, aż do późnego popołudnia. To był chyba dla wielu rowerzystów najcięższy dzień wyprawy. Mokre buty i zmarznięte stopy, to nie jest to, co rowerzyści lubią najbardziej. Wieczorem pogoda na szczęście się poprawiła i nasze humory też. Nocowaliśmy na campingu w Székesfehérvár, mieście, którego nazwy nie sposób wymówić, ale którego urokliwa starówka była bardzo dobrym miejscem na wieczorny spacer.

Ósmego dnia dotarliśmy do Budapesztu. Zwiedzanie na rowerze ma tą ogromną zaletę, że można wiele zobaczyć w krótkim czasie. I tak niektórym przybyło dobrych kilkadziesiąt kilometrów na licznikach w samym tylko Budapeszcie. Malowniczy Parlament nad Dunajem, stare kamienice, Wzgórze Gellerta i widok na miasto nocą - wszystko to pozostanie w naszej pamięci. Podobnie jak Pan Ryszard, który nie wydawał się być mocno zły, gdy suszyliśmy mokre ręczniki, buty i inne przedmioty niezbędne dla każdego rowerzysty. Cóż, środek transportu po kilku dniach bardziej przypominał wóz cygański, niż autokar. A wszystko to i wiele więcej widać na poniższych zdjęciach.

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć!

fot. Uczestnicy wyprawy